nie dawała po sobie tego wcale poznać, interesowała się nim niczym dorastający podlotek.
Czas jednak robił swoje, ognista kula, krążąc po niebie, za każdym dniem wspinała się coraz wyżej i wyżej i poczęła słać ku ziemi coraz to cieplejsze promienie.
Skuty lodem San z hukiem rozdzierał kajdany zimy, a spienione fale szaro-zielonkawej wody niosły krę wraz ze swoim nurtem ku północy. Wędrowne ptaki, wróciwszy do swych gniazd, napełniały świat wesołym świergotem dosłownie w każdym zakątku cichej nadsańskiej krainy. Nastał wreszcie dzień, gdy dzięki pomocy pani guwernantki na pierwszy okupacyjnym świadectwie Michałka Magiery widniały oceny bardzo dobre i dobre.
Wyszedłszy z tak pięknym świadectwem ze szkoły, a następnie poza miasto, Michałek usiadł na stoku wzgórka i z wielką uciechą jakby po wielkiej pracy rozglądał się dookoła, a świat zdawał się być weselszy i piękniejszy. Naraz przyszła mu myśl narwania polnych kwiatów
i zrobienia bukietu, wstał więc z murawy, narwał czerwonych maków, niebieskich dzbanuszków, białych rumianków, uporządkował, związał łykiem z wierzbiny i udał się z kwiatami w stronę oficyny. Znalazłszy się przy drzwiach, zapukał, wszedł do środka, podszedł do siedzącej w fotelu guwernantki i rzekł:
- Bo pani była dla mnie taka dobra, to...
- Nie rozumiem cię Michałku? — rzekła wielce zaskoczona
guwernantka.
- Nic więcej nie mam, bo... - tu Michałek przerwał i otarł
kilka łez.
- Och ty, to dużo, to bardzo dużo! — odpowiedziała guwer¬
nantka i rozpłakała się jak małe dziecko.
Dlaczego, któż to może zgłębić... Być może ów bukiet przekazany przez małego chłopczynę, był zapłatą serca za serce, może był odezwem wzajemnej sierocej doli w jej trudnym i samotnym życiu, a może coś więcej. Niewątpliwie było pewne, że bukiet
83