staruszka Walentego wspartego na swojej pukawce i pilnie wpatrującego się w ich kierunku dziwnym i wielce obojętnym wzrokiem.
- Dzień dobry, dziadku - pokłonił się na odległość Micha-
łek.
- Przyszedłeś nicponiu do sadu i to jak bywa w twoim zwy¬
czaju - rzekł z lekkim wyrzutem Walenty.
- Dziadku, my tylko tak, urwać sobie parę owoców, bo byli¬
śmy bardzo spragnieni - tłumaczył się za wszystkich Michałek.
- Ja sobie także tak — odpowiedział starzec.
- Wy nie na ucieczce? — zapytał staruszka Michałek.
- A nie, robaczku, pan mi kazał pilnować, a po drugie, co
kogo ma spotkać, to i tak go znajdzie, od złego nie uciekniesz
- rzekł starzec.
Gustek i Bolek, spożywając owoce, oglądnęli się i ujrzawszy dozorcę, poderwali się i pobiegli w pędzie ku północnej stronie ogrodu.
- Hej, nie uciekajcie! — krzyknął starzec.
Chłopcy, niedowierzając, spoglądnęli w stronę dozorcy i na chwilę zatrzymali się.
- Powiedz, ażeby przyszli, bo mi jakoś nie... — zwrócił się
Walenty do Michałka.
Jeszcze starzec nie dokończył zdania, a Michałek złożył dłonie
w tubÄ™ i krzyknÄ…Å‚:
- Ej, chodźcie tu!
Gustek i Bolek, ujrzawszy, że Michałkowi starzec nic nie mówi, zdobyli się na odwagę, podeszli do dozorcy i z lekka się uśmiechnęli.
- No cóż, posililiście się? — zapytał starzec.
- Gruszki były dobre! — rzekł nieco wystraszony Bolek.
—Jeśli macie ochotę, to trochę pochodzimy po ogrodzie, bo
już mnie zmory biorą — rzekł Walenty.
- Możemy se pochodzić — pochwycił Gustek.
57