postać Żyda klęczącego nad dwoma synkami i powtarzającego słowa:
— Gott mein, mój Boże, Gott mein...
Synkowie zaś leżeli obok siebie, jęczeli i błagalnym wzrokiem prosili pomocy. Niestety fala ludzi poszła do przodu, a Żyd przy rannych dzieciach pozostał sam. Pozostawili go również Gustek, Michałek
i Bolek, którzy, zawróciwszy, powlekli się wzdłuż szosy w kierunku dworu.
Doszedłszy do hrabskiego ogrodu, wspięli się po sztachetach na płot, przesunęli przez zarośla żywopłotu, przeszli wzdłuż środkowego szpaleru drzew owocowych i zatrzymali przy pięknej rozłożystej gruszy, oblepionej cudnymi złocistymi owocami. Gałęzie gruszy zwisały prawie aż do ziemi, chłopcy, podszedłszy do niej, urwali większą ilość owoców, usiedli na murawie i spożywali je z wielkim apetytem.
— Nawet ta wojna nie jest wcale taka zła — rzekł Bolek.
— Gdzieżby przedtem można było sobie pozwolić na takie
owoce, dziadek Walenty zaraz poskrobałby nam pięty, a teraz po
nim ani słychu — rzekł Gustek.
— Chyba jest na ucieczce i zamiast owoców pilnuje ze swoją
pukawką hrabiego — dodał Bolek. Michałek, strapiony wewnętrz¬
nie i zamknięty sam w sobie, nic nie mówiąc, jadł soczyste owo¬
ce i ciekawym wzrokiem wodził po szpalerach drzew uginają¬
cych się od ciężaru owoców. Tu właśnie był iście dziewiczy spo¬
kój, tylko od czasu do czasu lekki wiatr zaszeleścił wśród drzew
i znikł tak niewidzialnie, jak niewidzialnie się zjawiał.
Nagle czoło Michałka jakby się pochmurzyło, a on sam wstał z ziemi
i rzekł:
— Ja już idę...
— Spieszy ci się?! - pochwycili równocześnie Gustek i Bolek.
Michałek, nie lubiąc nikomu być uległym, ruszył z miejsca
i udał się w stronę parkanu. Nagle w oddali zamajaczyła mu jakaś postać, po chwili nie miał już żadnych wątpliwości, gdyż ujrzał
56