- Dziadku, my sobie już pójdziemy - rzekł Gustek i wstał
od stołu, tuż po nim z ławy podnieśli się Bolek i Michałek.
- Wolałbym, abyście nie chodzili od Iwosza do Kajfosza,
jeno poszli prosto do swoich — rzekł na odchodne starzec.
-Pewnie, że pójdziemy, ale najpierw popatrzymy jeszcze na uciekinierów - rzekli chłopcy i nie czekając na zdanie starca, popędzili wąwozem ku głównej szosie.
Usiadłszy na rowie, poczęli jeść uzbierane na prędce w ogrodzie jabłka i ku ogólnemu zdziwieniu stwierdzili, że stosunek wojska do cywilów tego dnia znacznie się zwiększył.
Szosa zaś usypana niegdyś drobnym żwirkiem, teraz nie przypominała wcale jezdni, lecz jedno pasmo robajerowanego grzęzawiska tak, że osie samochodów i wozów w większości sunęły się dosłownie po ziemi.
Nagle z nad lasu jak niewidzialne stwory wyleciało sześć samolotów, leciały one tuż nad wierzchołkami drzew, zatoczyły łuk, ustawiły się lotem wzdłuż szosy i zaatakowały konwój wojska i cywilów, dosłownie
w kilkudziesięciu sekundach.
Nim jednak samoloty zdążyły ustawić się lotem do osi drogi, część wojska i uciekinierów zbiegło w bok i przycupnęli niczym przepiórki, inni uciekali w panicznym popłochu wprost przed siebie bez opamiętania, aby dalej.
Zaterkotały maszynowe karabiny, posypały się liście i gałązki akacji, większość spłoszonych koni zerwała się i niczym wirucha pędziła
w szalonym galopie, tratując pod sobą wszystko, co stało na ich drodze. Atak samolotów powtórzył się, a kiedy niemieccy piloci ukończyli mordercze żniwo, nieszczęśni cywile oraz żołnierze wychodzili z ukrycia, wracali do swego dobytku i szykowali się do dalszej, bezkresnej wędrówki w kierunku połu-dniowo-wschodnim.
Tym razem wśród ludzi nie było zabitych, lecz byli ranni: szczególnie mocno po owym nalocie utkwiła chłopcom w pamięci
55