Niestety, po ujściu kawałka drogi, drożyna, którą szedł zaprowadziła go na polankę, porosła młodymi brzozami i bujną leśną trawą, sięgającą prawie do pasa.
Błądząc, szedł z polanki na polankę i zdawało mu się, że idzie we właściwym kierunku, niestety w pewnym czasie znalazł się z powrotem w tym samym miejscu, skąd wyszedł.
Błądzę - pomyślał.
Czas upływał, a zmrok przysłaniał ziemię coraz bardziej, nagle, w pobliżu Michałek usłyszał turkot konnego pojazdu.
Dla zwrócenia uwagi począł wołać:
- Ratunku! ratunku! ratunku!
Echo jego wołania, czyste jak dźwięk dzwonu, rozchodziło się dwojąc i trojąc.
Nagle, wołanie jego zmieszało się z jakimś męskim głosem, „hop! hop!". A nieco później Michałek usłyszał słowa:
—Jak się psia jucho nie odezwiesz, to wilki cię zjedzą— zobaczysz!
Gdy Michałek zdecydował się na powtórzenie swojego hop! hop! — było już za późno, albowiem z pomiędzy drzew okalających polanę wynurzyła się postać stangreta hrabiego Koronowskiego; przeszedł on polankę i zapytał:
- Tyś to krzyczał?
• Kurka wodna nie mogę z tych krzaków wyleźć — odpowiedział Michałek.
• Toż zginąłbyś ani nikt by o tobie nie wiedział! Dobrze, że
ta mała jaśnie panienka zwróciła uwagę na to, że ktoś w lesie
krzyczy. Ja to prawie nie słyszałem, bo ze słuchem już nie domagam, hrabia bardzo nie chciał zatrzymywać się, gdyż pilno mu
do pałacu, a ta mała: „nie" i „nie" tylko kazała poszukać, kto
tam płacze, to i zlazłem z bryczki i dobrze, że zlazłem... A że nie
mamy za wiele czasu i do domu kawałek drogi, nuże chłopcze,
zbieraj tobołki i chodź — rzekł Witko.
5