kwiat dwóch puszcz
Rozdział 6 Wojna

gehennę. Tysiące mimowolnych bezdomnych włóczęgów przesuwało się co dnia ku wschodowi, niczym morska fala pędzona wichrem, fala głodna, chłodna, półprzytomna, pół naga, bez celu.
Mężczyźni z miejscowej ludności, ulegając pogłoskom niesionym przez uciekających, przechodzili również San, by tam, po drugiej stronie, zaciągnąć się do wojska i walczyć przeciw najeźdźcy, albowiem tam właśnie miano organizować generalny opór.
Teraz dopiero można było dostrzec jakąś potęgującą się więź narodową, która zdawała się być niezbędną potrzebą chwili.
Miejscowi starali się dopomagać uciekinierom, a uciekinierzy tworzyli między sobą jakby jedną dużą polską rodzinę. Któregoś dnia, będąc przy wagonach wypełnionych wojskiem stacjonującym na bocznych torach w Rudniku nad Sanem, Michałek usłyszał alarm.
— Nalot! — padła komenda.
Wojsko w pośpiechu opuszczało wagony, wśród uciekających żołnierzy znalazł się również Michałek. Warkot samolotów stawał się coraz głośniejszy, eskadra zaś, doleciawszy nad miasto, kierowała się wprost na stacje. Ustawione działa przeciwlotnicze — niczym wierne psy poczęły ujadać i ziać ogniem, a ciemne punkciki pojawiające się wokół lecących samolotów nadymały się i rozpływały w coraz to jaśniejsze obłoki.
Samoloty, nie zważając jednak na strzelanie, osiągnąwszy stację, kłaniały się zdradziecko polskiej ziemi, zniżały swój lot i mknęły jeden po drugim ku dołowi, niczym sępy. Wypuściwszy ładunek, z potężnym wyciem wspinały się z powrotem ku górze i rozpoczynały atak od nowa.
Atak ten trwał na dwa powroty, w końcu bombardowanie ucichło, samoloty odleciały, a w miejscu bombardowania pozostał okropny ogień i dym. Żywioły te unosiły się znad terenu stacji, fabryki kalafonii i pięły się ku niebu jak widmo u podnóża

46