niebie zapalały się niebiańskie lampki — gwiazdy i słały swoje nikłe światło ku pogrążonej w ciemności ziemi.
Mgła, unosząc się z nad mokradeł, rozpływała się po cichej, ustronnej krainie i utulała ją do snu sinawopopielatym welonem, niczym dobra matka.
W tej oto nocnej ciszy i pokoju chłopcy spożyli pieczeń, odśpiewali rotę, a następnie, jak który mógł, ułożyli się do snu i zasnęli.
Z nastaniem pięknego, pogodnego poranka pierwszy ze snu przebudził się Bolek, przetarł kułakiem oczy, ziewnął parę razy, obejrzał się dookoła, poplunął w rękę i mocnymi klapsami obudził śpiących kolegów niczym czarodziejską różdżką. Efekt budzenia był tak skuteczny, że każdy z chłopców przychodził prawie natychmiast do przytomności,
a niektórzy, złorzecząc, mówili:
- Czep siÄ™ psiego ogona...
Mimo to, jak na komendę, jeden po drugim, zjechali z siana na ziemię i popędzili do opodal przepływającej rzeczki, Rudnej. Rzuciwszy się
w jej przezroczysty nurt, pływali. Przepłynąwszy tam i z powrotem, od brzegu do brzegu, mali pływacy wybiegli na polanę, chwilę pobiegali dla rozgrzewki i puścili się pędem spowrotem do swoich koni.
- Na koń! - wydał rozkaz Gustek.
- Jeszcze chwilę, bo zostawiłem kurtkę — rzekł Józek
i w mgnieniu oka wskoczył na wierzch brogu siana.
Stanąwszy na szczycie i wychiliwszy się, mimo woli skierował
wzrok ku górze i krzyknął:
- Bociany! Ile bocianów!
- To nie bociany! — krzyknął ponownie.
Siedzący już na koniach chłopcy zeskoczyli na ziemię, podbiegli do brogu siana, wdrapali się na jego wierzchołek, stanęli obok Józka
i spojrzeli w niebo — tam, gdzie wskazywał ręką.
- Dziwne ptaki - rzekł Bolek.
43