kwiat dwóch puszcz
Rozdział 1 Grzybiarz

Weronka już chwilę zniknęła mu z pola widzenia, a jej głos nawoływania słabł, słabł, aż ucichł zupełnie.
Jak na złość Michałkowi szczęście wcale nie dopisywało, w pewnej chwili poczuł nawet wyrzuty sumienia. Po niedługim czasie napotkał jednak duże grzybowisko borowików i tyle ich nazbierał, że napełnił nimi woreczek, a kiedy nie miał już gdzie kłaść, zdjął z siebie koszulę, rękawy i oszywkę związał leśną trawą i napełnił ją po brzegi.
Zadowolony ze swojego szczęścia położył tobołki pod rozłożystym drzewem, a sam legł w jego cieniu i zasłuchał się namiętnie w szum drzew i koncert leśnych ptaków.
Lekki wiatr, szeleszcząc liśćmi, grał jakąś tajemną melodię, chwilami nawet zdawało się, że to nie wiatr i nie liście, ale dosłownie żywe istoty szepczą niezrozumiałe dla ludzkiego ucha słowa. Michałek, leżąc pod owych starym wielowiekowym drzewem, słuchał uważnie każdej nutki, każdego współbrzmiącego akordu, aż wreszcie, pogrążywszy się w swych dziecinnych marzeniach zasnął twardym, smacznym snem — snem, który niczym czarodziejska wróżka przeniósł go do swojej krainy.
W pewnej chwili, już śpiąc, chłopiec poczuł na swojej skroni coś zimnego i spojrzał na obnażoną pierś przez lekko rozchylone powieki, a kiedy ujrzał na niej przesuwającą się żmiję, jęknął:
- O Boże!
Czuł jak zimny pot oblewa jego ciało i zmysły odchodzą od przytomności. Wtem obok zarośli coś zaszeleściło, równocześnie żmija drgnęła i poczęła pełzać, wydając złowrogi syk.
Michałek natomiast miał wrażenie, że nic gad, lecz ogromny głaz stoczył z jego ciała, i tak się ucieszył, że omal nie zapłakał.
Kiedy gadzisko było od niego o kilka kroków, nie namyślając się wiele, wstał, rozglądnął się jakby w niedowierzaniu, że nic mu nie grozi, chwycił swoje tobołki pod pachę, kij do ręki i puścił się pędem leśną ścieżyną, aby jak najdalej i jak najszybciej uwolnić się już nie od gada, ale nawet od własnych myśli.

4