— Rozkaz! — zasalutował Walenda i udał się w ślad za Kro-
pińskim.
Kropiński natomiast, jako rodowity góral, mknął wśród skał tak, że Walenda, aczkolwiek przyzwyczajony do wspinaczki, z ledwością mógł za nim nadążyć; mimo to w pewnej chwili rzekł:
— Rysiu, podmienię cię.
— E tam! — rzekł Kropiński i jeszcze bardziej wzmógł tempo.
W pewnej chwili Walenda potknÄ…Å‚ siÄ™ i runÄ…Å‚ po zboczu
w dół, a dotoczywszy się do gęstej krzewiny rosnącej nieomal nad przepaścią, zawisł na niej dosłownie na ostatnich gałązkach.
— Nie ruszać się i ani słowa, bo strzelam! — syknął ktoś za
plecami wstajÄ…cego Walendy.
Pijana bestia? - pomyślał Walenda i spojrzał na osobnika, który wyrósł przed nim jakby spod ziemi.
Z zachowania zaś nieznajomego widać był wielkie podniecenie. Nieco później rozległo się wołanie Kropińskiego:
— Walenda, Walenda!
W tym to momencie nieznajomy nerwowo oderwał wzrok od Walendy, Walenda zaś niczym błyskawica rzucił się na nieznajomego, wytrącił
z jego ręki broń i powalił go na ziemię.
Nastała szamotanina, a zwycięstwo nieznajomego i Walendy było podzielone. Wtem nad Walenda zawisło nowe niebezpieczeństwo, było nim sztylet oprycha, przylegający dosłownie szyi Walendy. Już ostatkiem sił Walenda starał się wytrącić sztylet z rąk oprycha, dochodziło do momentu, że sztylet ten wgłębił się o parę milimetrów w skórę, wtem ostatni rozpaczliwy chwyt i głowa atakującego została uchwycona
w kleszcze nóg Walendy, następnie przerzut ciała i oprych leżał jak kłoda drewna na występie skalnym.
— Nareszcie — rzekł Walenda sam do siebie, podniósł się
i pobiegł do odrzuconego automatu, ująwszy, odbezpieczył go
i tylko czekał, kiedy napastnik przyjdzie do przytomności.
349