— Później ci powiem, teraz przeglądają furmanki — wskazał
Michałek na oficera przydzielającego zadania.
Nie upłynęło kilka minut, a Michałek i Roman, wraz z paroma furmanami zostali przydzieleni do transportu żywności, inni zaś do przewozu amunicji. Tuż po rozdziale zadań, furmani otrzymali rozkaz załadowania towaru na swoje furmani, a o lekkim zmroku wyruszono
w drogę. Droga wiodła przez Rudnik, Końcyce, wysiedloną wioskę Maziarnię i Stauny, tuż nad ranem kolumna zatrzymała się w starym sosnowym borze w odległości kilku kilometrów od wioski Krawce.
W oddali grzmiały działa, niebo niegdyś ostoja wiejskiego spokoju
i ciszy, w tej chwili nękane było przez niemieckie i radzieckie samoloty, łatające niczym stada szerszeni i wzajemnie się atakujące.
— Obiadok - rozległ się głos wojskowego kucharza.
Radzieccy żołnierze i zwerbowani cywilni furmani do frontowej pomocy podchodzi w stronę kuchni, widząc to, Michałek również ustawił się
w ogonku.
— Gdzie masz menażkę? — zapytał Michałka Roman, widząc
go z pustymi rękami.
— Wzięli mnie do armii, to i jakoś jeść mi muszą dać — rzekł
Michałek.
— Zobaczymy — odpowiedział Romek i lekko się uśmiechnął.
Kucharz niczym automat czerpał pachnącą zupę z kotła
i wlewał w menażki, wreszcie przyszła kolej na Michałka.
— Panie, nie mam nacz... — Michałek zaczął i nie dokończył,
bo w tym momencie pojawiła się chochla i chlusnęła grubą strugą
na jego ręce.
W ogonku wybuchł śmiech, aż rozległo się po lesie.
— Czto ty, zduniała?! — żachnął się kucharz.
— Przecież mówiłem, że nie mam w czym jeść — rzekł Mi¬
chałek.
— Zis sołdaty, kak prychodzisz do kotłu, to z suduom, ma-
jesz szczastie, czto eto nie warnoj — rzekł ze złością kucharz.
329