kwiat dwóch puszcz
Rozdział 24 Przyjacielskie więzy krwi

Franuś, bo wróżba. — mówiąc te słowa, leśniczy, wściekły jak sto diabłów, zszedł z bryczki i zamachnął się batem na leżącego psa. Pies, zaś nie zważając na razy leśniczego, leżał na drodze
w bezruchu, niczym kawałek drewna.
— Co ci się Franuś stało? — zapytał leśniczy Antecki, do¬
jeżdżając do bryczki Wolskiego.
—Jakaś cholera siadła na środku drogi i ani rusz, panie dzieju?! — rzekł rozsierdzony Wolski.
— Batem go! — rzekł leśniczy Antecki.
— Biję jak w kłodę drewna, a to ścierwo psie ani drgnie...
— rzekł leśniczy Wolski.
— Tak żeście tego psa zastali? — zapytał zaciekawiony leśni¬
czy Antecki.
— Skądże! Najpierw wyskoczył z lasu, zawył jak na niebosz¬
czyka, a kiedyśmy go minęli, poleciał naprzód, legł na drodze
i nie chce wcale zejść — rzekła drżącym głosem Wolska.
— Ciekawe, bardzo ciekawe! — rzekł leśniczy Antecki, po czym
zszedł z bryczki i ostrożnie podszedł do leżącego na drodze psa.
Pies na początku nie zdradzał ochoty do wstawania, jednak po krótkiej chwili dźwignął się, zbiegł z drogi na skraj lasu, zawył żałośnie
i zrobił parę kroków w głąb lasu.
— To coś niezwykłe?! — rzekł leśniczy Antecki do leśniczego
Wolskiego.
— Panie dzieju, panie dzieju, choćby z ciekawości to chodź¬
my za nim — rzekł leśniczy Wolski.
— To chodźmy — powiedział leśniczy Antecki.
— Eluniu, trzymaj dobrze konie — rzekł do swojej żony leśni¬
czy Wolski.
— I ty, Maryś, też trzymaj! Zaraz wracamy — rzekł leśniczy
Antecki.
Mówiąc to, Wolski i Antecki doszli do siedzącego psa, a kiedy oni doszli, temu jakby pojaśniało w ślepiach i ruszył przed siebie kilka metrów dalej, i znów usiadł.

299