— Już nie jestem ojcze panem ich życia i śmierci, od chwili
gdy cię odnalazłem, pragnę być takim samym jak ty i oni, bo
przecież jestem Polakiem.
— Bardzo się cieszę, że mogę spokojnie odejść w krainę wiecz¬
ności i powiedzieć twej matce o tym, jak cię odnalazłem i jak
powróciłeś do swojej ojczyzny — prawda to, że nie z honorem,
ale któż się w życiu nie myli... I syn marnotrawny w domu swym
ma takie samo miejsce jak jego bracia, ufam, że Polska wybaczy
ci, ale i ty musisz od dziś dać z siebie wszystkie siły po to, aby
zrzucić okropne kajdany i ażeby zabłysła jutrzenka wolności dla
ludu z którego ja i ty się wywodzimy.
— Nie odchodź mnie ojcze, nie opuszczaj mnie sierotę...
— Na mnie już czas, ciężko mi, ciężko mi, bardzo ciężko mi,
czy widzisz tę gwiazdę synu? Daleko do niej, daleko, bardzo da¬
leko tam iść...
Staruszek Walenty konał w pogodzie i majestacie, jeszcze coś szepnął, pragnął usilnie jeszcze rzec, ale nadaremnie. Nagle uśmiechnął się
i skonał.
— Co ja teraz pocznę — odezwał się major Grinal, a widząc
przeistoczenie ojca, zapłakał.
— Należy zająć się pana Walentego pochowaniem, na nic tu
już żadne rozmyślanie, ojciec pana przeszedł na drugą stronę
życia jako godny człowiek, był on biednym, ale jakże wielkim
i szlachetnym - rzekła guwernantka.
Major Grinal, nic nie odpowiadając, spojrzał przez łzy na starca,
a następnie na starą fotografię opartą o krzyżyk stojący na szafce,
i głośno zapłakał.
— Pozwoli pan zakryć ciało pańskiego ojca - zapytała po
pewnym czasie guwernantka.
Major Grinal, nie odpowiadając, skinął głową i pogrążył się
w głębokiej zadumie, po chwili jakby się ocknął i rzekł:
— Czy mogę pozostać sam w mieszkaniu ojca mego?
259