kwiat dwóch puszcz
Rozdział 14 Przyjaźń

Nadeszła jesień, na szarym nabrzmiałym chmurami niebie od czasu do czasu pojawiały się klucze dzikich gęsi, mknęły ku południowi znanym sobie od wieków zwyczajem i pokrzykiwały. Nieraz klucz ptaków tych leciał równolegle z transportem kolejowym, wiozącym tysiące radzieckich żołnierzy do niemieckiej niewoli w kierunku niedużej końcowej stacji zagłębionej w zachodnich ostępach Sandomierskiej Puszczy o nazwie DębaRazalin. Stąd już pół nagich, bosych jeńców pędzono pieszo do obozu zlokalizowanego w Majdanie Królewskich. Jak tam było, mogli powiedzieć tylko ci, co spoczęli w zbiorowych mogiłach, kopanych na chłopskich polach tuż za majdańskim cmentarzem parafialnym, pod komorowską Hutą. Niestety... Jednym słowem, obóz jeniecki był niczym innym jak bestialską fabryką śmierci. Niezależnie od fatalnych warunków panujących w samym obozie radzieccy żołnierze od świtu do nocy, pół nadzy i bosi, pędzeni byli do ciężkich robót na terenach poligonowych Armii Paulusa. Tu właśnie Kalinin i Marokta zaprzyjaźnili się wielce — jeden był fryzjerem z Odessy o bystrych sokolich oczach, a drugi zaś pastuchem z azerbejdżańskich stepów, przysadzisty, o oczach czarnych i skośnych.
— Znajesz ja zautro ubiezajem — rzekł Kalinin do Marekta.
— Kak ty durnyj — odezwał się z powątpiewaniem w głosie
Marokta.

189